W temacie monarchii

AFP

AFP

Ostatnie wydarzenia w Hiszpanii, jak również zapowiadane na wrzesień referendum w Szkocji, nie wspominając już o mającym miejsce kilka lat temu przeobrażeniu ustrojowym Nepalu, ponownie stawiają w centrum zainteresowania będącą przedmiotem badań prawa konstytucyjnego kwestię: monarchia a republika. W tych dyskusjach jest zawsze spora szansa, że prędzej czy później sprowadzi się to do pytania: ma ta monarchia miejsce we współczesnej rzeczywistości ustrojowej, czy jest jedynie przeżytkiem minionej epoki, trzymającym się tylko siłą inercji w niektórych jeszcze państwach. Ale… czym właściwie jest monarchia? Pytanie powyżej zadane jest proste jedynie z pozoru. „Jak to” – wykrzyknie ktoś – „no przecież wiadomo, że to…”… i w tym momencie zaczynają się schody. Jest bowiem z monarchią ten sam problem, który pojawia się w przypadku pojęcia sprawiedliwości: o ile dość łatwo przychodzi do głowy jakaś ogólna definicja tego słowa, o tyle obrona jej przed ogniem krzyżowym falsyfikacji nastręcza olbrzymich trudności.

Chyba najprostsza i najbardziej intuicyjna z nich, popularna najpewniej wśród laików, jest następująca: monarchia to taki ustrój, w którym panuje głowa państwa nie będąca prezydentem. To tłumaczenie nie wydaje się jednak mocno przekonujące. Cóż bowiem począć z Wodzem i Kanclerzem Rzeszy, Przewodniczącym Rady Najwyższej ZSRR albo Chińskiej Republiki Ludowej? Albo Lordem Protektorem, choć tu jest ciężko, bo zawsze można argumentować, że jednego Cromwella zastąpił drugi. Nazwa nie jest aż tak istotna, co treść.

Dość szeroko rozpowszechnione jest określenie monarchii jako tego ustroju, w którym głowa państwa jest dziedziczna, nie zaś wybierana, a więc państwa, w którym władza najwyższa obraca się w kręgu dynastii. W związku z tym Rzeczpospolitą Obojga Narodów (gdzie władcę wyłaniano w drodze „wolnej elekcji”), a nawet państwo zygmuntowskie (gdzie odbyła się elekcja vivente rege) należałoby uznać za republiki, choć wszystko się buntuje na taką myśl. Jedna nawet z gwiazd muzyki rozrywkowej, gdy robiono z nią wywiad kilkanaście lat temu w jednym z wiodących polskich tygodników, historyk z wykształcenia, mówił, że fascynuje go Polska jako państwo, które było republiką z wybieralnym królem. Podobnie dzieje się, gdy pomyśli się o Watykanie (Stolicy Apostolskiej), który jest państwem z elekcyjną głową państwa, jednakże w nazwaniu go republiką czuć pewną niezręczność.

Można też udać się do początków i odwołać do Arystotelesa. Jak wiadomo, w „Polityce” podzielił ustroje państwowe na dobre i złe (zwyrodniałe). Na ten podział nakładał on jeszcze drugi, a mianowicie dzielił ustroje w zależności od tego, czy w państwie rządziła jednostka, stanowiąca mniejszość grupa ludzi, czy też zbiorowość stanowiąca w ogóle jego ludności (przynajmniej) większość. Monarchia była ustrojem, w którym władzę sprawuje jednostka, o którym Stagiryta wypowiadał się pozytywnie, w odróżnieniu od tyranii, o której miał złe zdanie. Taka klasyfikacja jest jednak dalece subiektywna, a przez to nie do obrony z punktu widzenia podejścia naukowego. Nie zmienia to jednak faktu, iż to właśnie Arystotelesowi zawdzięczamy stworzenie omawianego terminu (monos i archos, czyli władza jednostki).

Podobnie do definicyjnego dylematu monarchia a republika nie powinno mieć wstępu kwestia demokracji, co sprowadza się do twierdzenia, iż to republika ma wyróżniać się demokratycznością właśnie. Jest to argument często powoływany przez republikanów (w tradycyjnym rozumieniu tego słowa), według których fakt przechodzenia władzy w inny sposób, niż wolne wybory sam w sobie jest gwałtem na demokracji, a przecież nietrudno podać przykłady nie(liberalno)demokratycznych republik, oraz monarchii, w których prawa człowieka szanowano. Może się to wydawać dziwaczne, ale wskutek różnych naleciałości znaczeniowych (które różnie można oceniać) „władza ludu” to nie to samo co państwo jako (specyficznie rozumiana) własność publiczna, na co wskazywali zresztą niektórzy istotni myśliciele, nawet współcześni.

Wychodzi więc, że najbezpieczniej jest stwierdzić, iż monarchia to ustrój z dziedziczną głową państwa, o ile oczywiście poweźmie się rozbrat z zakorzenionymi wzorcami myślowymi dotyczącymi przypadków szczególnych. Tyle że obecnie niewiele z tego wynika. Współcześni władcy bowiem są zazwyczaj jedynie „notariuszami” realnie rządzących i pełnią w przeważającej mierze funkcje reprezentacyjne. To więc, czy władca jest wybierany, czy może każdorazowo wiadomo, że będzie nim potomek obecnego panującego (bo już nie tylko mężczyzna), nie wpływa znacząco na sposób sprawowania władzy; co najwyżej politologowie mogą doszukiwać się pośrednich tego faktu implikacji, a jednak całe państwo nosi nazwę królestwa, republiki itd., co często wskazane jest i w pierwszym artykule konstytucji. Monarchie będą się utrzymywać na współczesnym krajobrazie ustrojów politycznych, albo i nie. Będzie ich raczej mniej niż więcej, nie zanosi się bowiem, ażeby któryś ze współczesnych krajów powrócił do tej właśnie formy sprawowania władzy (kilkanaście lat temu w Bułgarii w wyborach parlamentarnych zwyciężyła partia byłego cara, Symeona Saskkoburggockiego, on jednak nie zdecydował się nawet zgłosić roszczeń do restytucji ustroju monarchicznego (choć pełnił funkcję szefa rządu). Warto jednak, jak zawsze, wiedzieć, co się mówi.

Michał Zieliński

Reklamy
Galeria | Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s